Klimaty ze sklepu spożywczego
W niedużym sklepie spożywczym, w którym zwykle rano robię zakupy panie ekspedientki (panów nie ma) nieustannie zmagają się z foliowymi woreczkami. Jak zapewne wszystkim wiadomo w sklepach pieczywa nie powinno się dotykać i podawać gołymi rękoma. Stąd ekspedientki z mojego sklepu korzystają z woreczków, ale trochę na pokaz. To mnie smuci, ale i trochę bawi. Smuci, bo sklepowe nie przestrzegając podstawowych sanitarnych zasad mogą się komuś chorobowo przysłużyć. Bawi, bo obserwuję ich codzienną z tym gimnastykę.
Przykład numer jeden. Bułeczka spada z koszyczka na brudną podłogę. Za chwilę druga. – A co to się dzisiaj dzieje?! – próbuje zażartować sklepowa. Oczywiście bułeczki z podłogi wędrują nie do koszyczka, a obok niego. Klient widzi i myśli, że dbają tu o sanitarno-epidemiologiczne zasady. Nic bardziej mylnego. Bułeczki po kilku minutach wędrują do koszyczka i do klienta…
Przykład numer dwa. Przywożą świeży chlebek. Kosze naładowane po szczyt. Ekspedientka się uwija, bo samochód z piekarni stoi na światłach awaryjnych. To co z koszy niemal wylatuje sklepowa gołymi rękoma kładzie na chlebową półkę. Za chwilę przychodzi klient i prosi o świeżutki pachnący chlebek. Sklepowa teraz już bierze woreczek i podaje chlebek klientowi. Ten prosi jednak, aby go jeszcze pokroić. Chlebek trzymamy dłonią opatuloną woreczkiem podąża razem ze sklepową do krajalnicy. I tam kroi się trzymany ręką bez …woreczka.
Przykład numer trzy. Sklepowa chce naładować do woreczka dwie bułeczki. Woreczek nie chce się otworzyć. Pani więc oblizuje swoje paluszki i pociera nimi woreczek. Kiedy ten lekko się rozkleja z całych sił dmucha w niego przekazując przy okazji to i owo…
Gdybyśmy żyli w czasie rzeczywistego albo medialnego zagrożenia świńską grypą to trąbiłbym na alarm. Ale o grypie nie ma teraz prawie nic. Teraz liczy się zima, zima i jeszcze raz zima. Pozdrawiam panie ekspedientki. Nie wiem, czy się jeszcze spotkamy

